czwartek, 28 lutego 2013

Dmuchaniu NIE!


Dmuchaniu - nie!

Lubię spać na boku przykryta szczelnie lekką, ale wystarczająco ciepłą kołdrą, za to przy (zawsze!) uchylonym oknie. Świeże, chłodne powietrze dobrze mi służy zapewniając spokojny sen. Jedyne wystające części ciała to głowa i ręka, choćby dłoń i kawałek nadgarstka. Tak się dziwnie składa, że ręka "wypada" w pobliżu twarzy, na środku której mam nos. No i tu zaczyna się pewien konflikt - nosem wypuszczam zużyte powietrze z płuc, a te wraz z resztą są przykryte kołderką, więc mogę przyjąć, że spokojnie mają 36,6 stopni. Dlatego nie bardzo rozumiem dlaczego wydycham wręcz lodowate powietrze i to wprost na swoje przedramię, co przyprawia mnie o dreszcze, gęsią skórkę oraz narastającą irytację, o zagrożeniu reumatyzmem nie wspominając. Przesuwam więc rękę to tu, to tam, ale niewygodnie. Chowam pod kołdrę, ale długo nie wytrzymuję - też niewygodnie. Naciągam więc rękaw koszuli czy bluzy do spania i trzymam mankiet w garści, by uchronić nadgarstek przed łaskoczącymi podmuchami. Niestety, chwila nieuwagi i mankiet wysuwa się z palców, a rękaw zjeżdża w dół zgodnie z prawem grawitacji. Zamiast więc spokojnie odpłynąć w błogą nicość snu, znów całkiem na trzeźwo muszę znaleźć sposób, by strumień wydychanego powietrza nie przecinał się z moim przedramieniem. W końcu znajduję tę opcję - broda uniesiona wyżej (strumień powietrza kieruje się bardziej przed siebie), ręka niżej, bardziej przy sobie. Kompromis osiągnięty,  wreszcie mogę zasnąć!

wtorek, 26 lutego 2013

Akcja "Mielone" - dwie opcje

Na każde pół kg mięsa mielonego dodaję jedno jajko. Zamiast rozmoczonej bułki dodaję bułkę tartą i trochę wody lub mleka
Tak dawno nie było już pulpetów w sosie, że wszyscy nabrali na nie wielkiego apetytu. Kupiłam więc opakowanie mielonego wieprzowo-wołowego oraz mielonego z indyka - razem mięso ważyło 1,6 kg. Uznałam, że szkoda fatygi na bawienie się w jeden obiad i postanowiłam zabezpieczyć "front" na czas dłuższy. Oczywiście, nie wszystko naraz - część zjemy przez dwa kolejne dni, a reszta pójdzie do zamrożenia w porcjach. A ja, tym sposobem, będę zaopatrzona w gotowe danie, gdy tylko znowu przyjdzie komuś ochota na gotowane pulpety lub... smażone kotlety mielone. Za jednym podejściem zrobiłam bowiem i jedno, i drugie.
Przygotowanie tego rodzaju dania nie wymaga wiele wysiłku, ale jeśli chce się przygotować, tak jak ja, większy zapas, to jednorazowo trzeba poświęcić nieco czasu, powiedzmy 1-1,5 godziny, łącznie z gotowaniem pulpetów. Za to później będę czerpała wyłącznie profity - gotowe pulpety wystarczy rozmrozić, dorobić sos i podać z ziemniakami, ryżem czy makaronem, a nawet kaszą, wg uznania i pomysłu. Kotlety mielone (przyprawione i uformowane, ale surowe) po rozmrożeniu usmażę, no bo będą smaczniejsze i po co odsmażać?
Zaznaczam, że moje mięso było świeże (niemrożone), dlatego takie, po wstępnym przetworzeniu (tu: przyprawieniu i uformowaniu), jak najbardziej, można mrozić. Jeśli jednak mięso było już mrożone, wówczas kotlety (klopsy, klopsiki, pulpety) trzeba koniecznie poddać obróbce termicznej (smażenie, pieczenie, gotowanie) i dopiero potem - po wystygnięciu zamrozić.

sobota, 23 lutego 2013

Umyj kwiatkom pory

Umyj kwiatkom pory. Będzie im łatwiej oddychać
Człowiek odizolował się od środowiska naturalnego. Mieszka i pracuje w zamkniętych pomieszczeniach, które chronią go przed zimnem, wiatrem, deszczem czy słońcem. No, proszę, ot tak wymieniłam większość naturalnych oczyszczaczy powietrza! Pisałam już wcześniej, że kurz unoszący się na otwartych przestrzeniach nie jest groźny dla naszego zdrowia. Dlaczego? Bo powietrze krąży w atmosferze, przemieszcza się z wiatrem, jonizuje (ujemnie) przez wyładowania atmosferyczne, oczyszcza dzięki deszczom, mgłom oraz roślinom - jest żywe.
Z drugiej strony, aż 60 % tego, co składa się na kurz domowy dostaje się do naszych mieszkań poprzez okna, drzwi, otwory wentylacyjne oraz nasze obuwie i okrycia wierzchnie. Reszta to już nasze dzieło: nasz naskórek i włosy, używane chemikalia, drobinki jedzenia, kłaczki i organiczne włókna z ubrań, pościeli i innych tkanin, pył powstały podczas palenia papierosów i gotowania itp.
Co możemy robić, by ograniczyć niekorzystny wpływ tego nienaturalnego środowiska, jakim są zamknięte pomieszczenia, w których ? Po pierwsze sprzątać (usuwać kurz i brud), wietrzyć (wymieniać zużyte powietrze), odpowiednio nawilżać i ujemnie je jonizować oraz... hodować rośliny. Co prawda, rośliny doniczkowe także cierpią z powodu kurzu, gdyż pył zatyka ich pory. Mają jednak znaczący udział w oczyszczaniu domowego powietrza, dlatego dzisiejszy post poświęcam sprawie mycia kwiatów domowych, ale już nie mogę się doczekać, by opowiedzieć także o ich niezwykłych wręcz możliwościach, znaczeniu i zbawiennym wpływie na nasz organizm, z czego na co dzień w ogóle nie zdajemy sobie sprawy.

czwartek, 21 lutego 2013

Kupiłam trochę pieczarek

Kupiłam trochę pieczarek. Wystarczy je dobrze opłukać

Kupiłam trochę świeżych pieczarek... Wyglądały tak apetycznie i świeżo, że wręcz nie mogłam się oprzeć pokusie. Wybrałam kilkanaście niezbyt dużych, w sam raz na jeden obiad. Lubię je jeść usmażone z cebulką jako dodatek do np. kotletów schabowych, gotowanej kiszonej kapusty albo składnik zapiekanki z makaronu, sosu pieczarkowego (np. z pyzami), nieodzowne są również do pizzy itd. Powszechnie uważa się, że pieczarki (a nawet w ogóle grzyby), poza walorami smakowymi i subtelnym smakiem, nie posiadają wartości odżywczych i w dodatku - są ciężkostrawne. I tu warto choćby częściowo obalić mity degradujące pieczarki do zaledwie smacznego, ale niezbyt zdrowego dodatku do potraw. Jak bardzo te mity rzutują na nasze kulinarne upodobania, niech świadczy to, że statystyczny Polak spożywa niespełna 2 kg pieczarek rocznie (najmniej w całej Europie), podczas gdy Polska jest największym jej producentem, a zarazem największym... eksporterem.
Na razie wracam jednak do moich pieczarek. Po umyciu zwykle je blanszuję, czyli krótko obgotowuję we wrzątku (1 minutę), odlewam wodę i szybko ochładzam je strumieniem zimnej wody (zimą wystawiam je na balkon - na przykrytym sicie z podłożonym talerzem, bo będą wydzielać wodę, przez co wyraźnie zmniejszy się ich objętość). Tak zahartowane pieczarki mogę bezkarnie zamrozić (pokrojone w plasterki), albo np. usmażyć z cebulką:

Blanszowane pieczarki nawet po usmażeniu zachowują ładny kształt i jasny kolor - są takie apetyczne! Nic im się nie stanie, jeśli po usmażeniu trafią do zamrażalnika. Nawet po rozmrożeniu pozostaną jasne i jędrne!

wtorek, 19 lutego 2013

Filet z ryby panierowany

 

Lubię ryby morskie. Najbardziej filety :-). Dotąd kupowałam mrożone (najczęściej mintaja lub mirunę), ale ostatnio mam dojście do świeżych. Tym razem trafił się czarniak albo dorsz (tzn. prosiłam o dorsza, ale na etykiecie z ceną była nazwa czarniaka, czyli łososia morskiego). Surowe mięso miało kolor lekko szary, ale w skutek smażenia zbielało. Zatem raczej na pewno był to czarniak (czerniak?), a skąd to wiem - ujawniam na końcu posta.
Jakiś czas temu zachwyciłam się rybą z masełkiem cytrynowym gotowaną w mikrofalówce, dziś jednak przedstawiam filet tradycyjnie panierowany w jajku i bułce tartej. Tutaj przyznam się, że po prostu zatęskniłam za rybką przyrządzoną w ten sposób. W końcu taką jadłam od zawsze, przynajmniej w domu. W świetle powyższego stwierdzam, że jestem konserwatywna - wracam do znanych i lubianych smaków oraz od dawna stosowanych sposobów przygotowywania potraw. To jeszcze jeden argument przemawiający za tym, że najchętniej jemy to co dobrze znamy i, choć chętnie próbujemy nowości, to za najbardziej naturalne traktujemy te dawno temu polubione. Na nic mi tysiąc rozmaitych przepisów na przyrządzenie ryby, skoro gustuję w najwyżej trzech lub czterech :-). Tak więc dzisiejsze danie jak ulał wpasowuje się w Rok Obiadowy i jest mile widziane dwa razy w miesiącu, a więc ok. 18 razy w roku kalendarzowym. Pozostałe 8-12 okazji do zjedzenia ryby rezerwuję na inne sposoby przyrządzenia (z mikrofalówki, z grilla, czy tzw. ryba po grecku).

Przyrządzanie fileta w panierce
  • płaty rybne przekrawam na mniejsze części tak, by nie sprawiały problemu podczas panierowania. Jeśli ryba była mrożona dokładnie odciskam ją z wody
  • skrapiam rybę sokiem cytryny i rozcieram na całej powierzchni
  • zwykle obkładam płaty ryby plastrami cebuli (ale w tym przypadku odstąpiłam od tego). Później cebulę smażę obok ryby (są na nią amatorzy!)
  • przyprawiam - albo gotową przyprawą do ryb, albo solą i pieprzem i odstawiam na 10-15 minut (w tym czasie przygotowuję surówkę albo sałatkę jak niżej)
  • panieruję tak samo jak kotlety schabowe. Jeśli mięso ryby wydaje mi się mało zwięzłe, najpierw  posypuję je mąką krupczatką (nasypaną do solniczki - to gwarantuje cieniutką rozproszoną warstewkę)

sobota, 16 lutego 2013

Poradnik hodowcy roztoczy


Hodowla roztoczy kurzu jest łatwa, a dla niektórych może być nawet przyjemna, a przynajmniej wygodna, bo nie trzeba sprzątać, myć ani odkurzać. Wystarczy spełnić kilka z poniżej wymienionych warunków, co nie nastręczy wielu trudności. Trzeba jednak wiedzieć w jakich okolicznościach roztocza kurzu czują się najlepiej, by przypadkiem nie zaszkodzić bujnemu rozwojowi ich populacji:
  1. Utrzymywanie stałej temperatury najlepiej pomiędzy 22 a 28 stopni Celsjusza. Co prawda człowiek znacznie lepiej czuje się w temperaturze 18 do 22 stopni, ale trudno, trzeba się poświęcić
  2. Duża wilgotność powietrza (70-80%) jest wręcz wymarzona dla rozwoju roztoczy. Najlepszym producentem wilgoci w mieszkaniu jest kuchnia, w mniejszym stopniu łazienka oraz nawilżacze powietrza (te bez filtra na gorąca parę). Dlatego podczas gotowania, drzwi kuchni powinny być otwarte na oścież, gotowanie powinno odbywać się bez użycia pokrywek, by wilgoć swobodnie rozchodziła się po mieszkaniu. W kuchni nie należy za dużo wycierać i myć, bo to znacząco może pogorszyć warunki rozwoju roztoczy, których obecność można czasem naocznie stwierdzić na ścianach - człowiekowi wydaje się, że ma mroczki przed oczami, gdy widzi, że miejscami biała ściana jakby się porusza. A to tylko maleńkie, niemal przeźroczyste roztocza wyszły na przechadzkę.

środa, 13 lutego 2013

Powalające ciasto Snickers

Ciasto Snickers z bitą śmietaną i orzeszkami ziemnymi
Ciasto Snickers, jak widać na załączonym obrazku, jest kruche i bardzo słodkie. Do tego nie należy do najtańszych, poza tym musi (powinno!) leżakować kilka godzin w chłodzie, zatem robię je zaledwie 3-4 razy w roku. Przepis na nie jest chyba ostatnim (najświeższym), który włączyłam do swojej puli wypieków. Zdecydowałam się jednak na to ze względu na wyrafinowaną smakowitość tego ciasta oraz rzadkie, bo rzadkie, ale jednak występujące u mnie ciągoty do zjedzenia czegoś naprawdę bardzo słodkiego.
Na szczęście wykonanie tego specjału nie wymaga wielkich umiejętności i, poza koniecznością skruszenia w chłodzie (najlepiej przez całą noc), nie sprawia trudności (jak komu. Ja np. mam trudność taką, że moja cierpliwość wyczerpuje się po max 2,5 h. Dopiero po skosztowaniu próbki o wymiarach 8 x 12 cm [czy aby się udało?] mogę czekać choćby całą noc  :-P ).
Od razu zaznaczam, że z ważniejszych składników potrzebna będzie śmietanka kremówka, "Śmietan-fix", zagęszczone mleko typu "Krówka"(zwane masą krówkową), no i przynajmniej orzechy ziemne lub inne lubiane bakalie (orzechy włoskie, pistacjowe, płatki migdałów lub suszone morele).
Ciasto Snickers składa się z dwóch warstw ciasta (cienkie placki trzeba upiec osobno). Pomiędzy nimi znajduje się warstwa bitej śmietany usztywnionej Śmietan-fixem, a wierzch jest posmarowany grubą warstwą masy krówkowej. Część orzechów ziemnych mieszam z ostatnią porcją masy (nie bez powodu!), a resztą posypuję gotowe ciasto. Ponieważ bardzo smakowały mi te orzechy, posypałam nimi  dodatkowo także warstwę śmietany i dopiero wówczas nałożyłam drugi placek.
Sposób mieszania części orzechów z mlekiem przyszedł mi do głowy, gdy zastanawiałam się jak zamaskować pęknięcia wierzchniego placka (jest tak kruchy, że mnie nigdy nie udało się nałożyć go bez szwanku). Naturalne nierówności, jakie powodują zmieszane z krówkową masą orzechy, doskonale sprawdziły się jako element maskujący niedociągnięcia "techniczne", gdyż nikt nigdy ich nie zauważył.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Błyskawiczny pogromca kurzu

Błyskawiczny pogromca kurzu

Z zasady nie wyrzucam starych T-shirtów czy innych bawełnianych koszulek - to doskonały surowiec wtórny. Jeśli mają ładne niesprane kolory lub ciekawy wzór, wykorzystuję je do szycia (np. ścierki - wycierki). Jeżeli jednak są mocno zużyte, dziurawe, przetarte i sprane - tnę na kawałki i wykorzystuję do bieżącego sprzątania. Jakiś czas temu trafiła mi się naprawdę duża męska koszulka polo z porządnej bawełny, za to poplamiona. No nic - pójdzie na szmaty, pomyślałam i rozcięłam ją wzdłuż szwów. Następnie odcięłam  niepotrzebne części (kołnierzyk, zapięcie, brzegi), odcięłam rękawki i rozpostarłam wszystko na podłodze. Chwilę przyglądałam się owym kawałkom zastanawiając się w jaki sposób sensownie je wykorzystać, ale nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. Poza jednym, zwłaszcza, gdy spojrzałam na ich druga stronę. Tę, która leżała przez tę chwilę na podłodze.
Wzięłam mojego ulubionego mopa płaskiego, postawiłam go na prostokątnej szmacie i owinęłam go. Skoro ścierka jest tak duża, to aby móc używać jej na mokro, będę musiała ją przeciąć przynajmniej na pół, gdyż inaczej nie dam rady należycie jej wykręcić. Najpierw jednak chciałam zobaczyć jak poradzi sobie na sucho i czy spadnie z mopa podczas przecierania podłogi.
Efekt mnie zaskoczył! Owszem, początkowo szmata zsuwała się z mopa, ale była to raczej kwestia właściwego ułożenia, poza tym później wymyśliłam coś, co pomaga utrzymać szmatę na mopie. Najbardziej zaskoczył mnie efekt takiego sprzątania podłogi w pokoju. Po prostu super! Co w tym takiego nadzwyczajnego?


sobota, 9 lutego 2013

Schaboszczak pospolity


Schaboszczak pospolity :-)
Moim ulubionym daniem mięsnym od czasów dzieciństwa był i jest panierowany kotlet schabowy z ziemniakami puree polanymi tłuszczykiem z patelni oraz zasmażanymi burakami, startymi na najdrobniejszej tarce. Rozumie się, że dziś będzie o tym jak przyrządzam schabowe. Temat buraczków omówię przy innej okazji. A o ziemniakach już było  :-) .
Ładny schab bez kości kupiony zawczasu, tnę na plastry grubości ok. 1 cm (cieńsze za cienkie, a grubsze źle się rozbija i tyle), porcjuję w foliowe woreczki i zamrażam (Magdzie Gessler z tego powodu zapewne prostują się pszeniczne loki, ale nic to!), a wieczorem dnia poprzedzającego tytułowy obiad, wyjmuję z zamrażalnika, kładę na głęboki talerz paczkę kotletów i zostawiam w lodówce do powolnego rozmrożenia (żeby schab nie puścił zanadto soku). Nic wielkiego nie stanie się, jeśli wyjmę je rano i zostawię na talerzu w temperaturze pokojowej, a nawet w ostateczności - wspomogę się mikrofalówką (program "rozmrażanie", ale ostrożnie - rozmrażać krótkimi czasami, obracać, żeby białko się nie ścięło). W każdym razie, im powolniejszy proces rozmrażania, tym mniej uszczerbku.
Rano rozpakowuję (niezupełnie rozmrożone) kotlety z folii i zostawiam na talerzu w temperaturze pokojowej do czasu, aż pozwolą się rozdzielić. Rozmrożone kotlety rozkładam na drewnianej (!) desce, przekrawam na pół (je się oczami, fajnie więc zjeść dwa kotlety, albo i trzy; no i jajko potrzebne do panierowania da się wykorzystać w całości); układam w dwóch rzędach blisko siebie.

środa, 6 lutego 2013

Ten paskudny kurz!


Badania nad przyczynami alergii i chorób górnych dróg oddechowych wywołanych kurzem domowym stały się pełniejsze, gdy poszerzono je o badania naukowe samego kurzu. Okazało się bowiem, że:
  • kurz leżący na podłodze i sprzętach to jedno, ale unosi się on także w powietrzu. Przyjęto, że graniczna wartość mikropyłu w atmosferze wynosi 50 mikrogramów na metr sześcienny. W przeliczeniu na gramy to 0,00005. Niby niewiele, ale...
  • w mieszkaniach, gdzie są "gołe" podłogi (parkiet, linoleum, posadzka) wartość koncentracji mikropyłu jest podwyższona i wynosi 60 mikrogramów (0,00006 g). Natomiast w mieszkaniach, gdzie są dywany, jego wartość średnio jest dwukrotnie niższa! To pewien argument przemawiający za obecnością dywanów i wykładzin, ponieważ silnie absorbują kurz.
  • ewentualne występowanie szkodliwych substancji (chemicznych) w kurzu domowym może przyczyniać się do ich występowania w organizmie człowieka (częściej u dzieci oblizujących zakurzone zabawki). 
  • najdrobniejsze cząsteczki tzw. mikropyłu podczas wdechu wnikają aż do pęcherzyków płucnych. Drobinki te rozpoznawane są jako ciało obce w organizmie i wywołują podrażnienie. Jeszcze mniejsze cząsteczki mogą przeniknąć przez barierę krew - powietrze, czyli te rejony, gdzie ściana naczynia włosowatego ściśle przylega do ściany pęcherzyka płucnego. W konsekwencji może to spowodować... skrócenie naszego żywota.

sobota, 2 lutego 2013

Tiramisu z rumem

Tiramisu z rumem
Znacie deser tiramisu?? Nie wierzę, jeśli nie. Pierwszy raz jadłam jego namiastkę, ale bardzo smaczną w Mc Donald's (chyba), ale było to bardzo dawno temu (i już nieprawda, bo zdjęli z menu). Później, ale i tak dawno temu, kiedy Magda Gessler jeszcze długo nie szalała po zapuszczonych restauracjach i była (mi) znana jedynie ze słyszenia, w jakimś czasopiśmie znalazłam przepis na deser tiramisu opatrzony jej nazwiskiem. Przyznaję, że dopiero wtedy dowiedziałam się o istnieniu serka mascarpone, ale ustalenie co zacz, okazało się kwestią pójścia do sklepu po owo "mascarpone". Bo to, że deser zrobię i wejdzie on do kanonu moich słodkich przysmaków, nie podlegało żadnym dyskusjom. Był tylko jeden problem - nie znoszę likieru amaretto. Być może taka się urodziłam, ale na pewno w dzieciństwie nałykałam się syropu Guajazyl, który to natychmiast przyszedł mi na myśl po konsumpcji tego trunku. Jeśli nie amaretto, to co? Wybór padł na rum i bardzo sobie go chwalę. Tak więc dziś będzie o rumowym tiramisu. Poza tym dość wiernie stosuję oryginalny przepis, choć o ile pamiętam, używam znacznie więcej biszkoptów.
Deser nie jest taki tani, ale naprawdę wart jest grzechu i robię go przynajmniej 4 razy w roku. Przez resztę roku, albo wspominam go z błogością, albo o nim marzę, trenując silną wolę  :-) . Ze względu na swoją smakowitość i sytość (kaloryczność), w moim domu zyskał pieszczotliwą ksywkę "Tera misiu".

piątek, 1 lutego 2013

Kilogram marchwi poproszę!


Kupiłam kilogram marchwi. Wybrałam jędrną i najdorodniejszą, zupełnie odruchowo. Ciekawe, skąd się bierze w człowieku ta chęć jedzenia, wybierania i posiadania tego, co najlepsze w jego subiektywnym odczuciu? Sądzę, że cały czas działa instynkt samozachowawczy. Coś w nas wie, że dorodnie wyglądająca żywność, świeża, jędrna i apetyczna będzie najlepsza dla naszego organizmu.
Brzdęk! Aż prosi się, by skręcić w temat modyfikowania żywności, właśnie pod kątem jej atrakcyjnego wyglądu, choć niekoniecznie wartości odżywczych i smaku... W końcu "jemy" oczami, a gremialnie płacimy za wygląd, o czym doskonale wiedzą handlowcy i spece od marketingu. Ale bzyyyt, wracam do rzeczonej marchewki, której zdjęcie przedstawiam poniżej:

Oto kilogram marchwi. Marchew również obieram obieraczką, a nożykiem odcinam końcówki i ewentualnie wykrawam zarobaczone miejsca.
Ta najmniejsza sztuka zjedzona na surowo dostarczy tyle witaminy A zaspokoić dzienne zapotrzebowanie organizmu.