Właśnie wróciłam z Egiptu. Cała i zdrowa. Zemsty faraonów nie odnotowałam. Może miałam szczęście, trafiając tam gdzie trafiłam, a może pewna doza doświadczenia uchroniła mnie przed niechcianymi niespodziankami, które mogłyby spaskudzić nawet najlepiej zaplanowane wakacje.
Chętnie podzielę się swymi spostrzeżeniami i "sposobami" - być może kogoś to zainteresuje, zwłaszcza, że sezon wyjazdów do ciepłych krajów potrwa jeszcze 2-3 miesiące.
Nie będzie to ogólny poradnik dla wszystkich, raczej moje osobiste uwagi i doświadczenia zebrane z kilku tego typu wypraw. Wszak, gdy przychodzi co do czego, liczą się właśnie szczegóły.
Dziś napiszę o moim sposobie na wybór oferty last minute, czyli terminu, biura podróży i hotelu (wszak nie ma powodu, by przepłacać rezerwując wyjazd zimą. Lato ma to do siebie, że jest gorąco: topnieją więc lody i ceny
:-) ).
Jak dotąd, całkiem dobrze udawało mi się zdobyć ofertę w dobrej cenie w odpowiadającym mi terminie zaplanowanego urlopu (dobrze jednak, gdy w pracy istnieje możliwość przesunięcia terminu jego rozpoczęcia, by zgrać go z terminem wylotu. Elastyczność szefa jest zatem mile widziana).
Obecnie sporo ofert posiada w pakiecie wyżywienie "all inclusive" (wszystko w cenie. No, prawie wszystko) i jest to najkorzystniejsze rozwiązanie, zwłaszcza dla ducha, o czym później.
Wyżywienie HB, czyli śniadania i obiadokolacje jest wyjściem przyzwoitym, ale znacznie mniej komfortowym, chyba, że... cena oferty jest naprawdę korzystna i, co istotne - wiemy, że hotel położony jest nieopodal lub wręcz w jakiejś miejscowości, gdzie są tubylcy, a więc i sklepy, więc będzie można coś dokupić (zwłaszcza napoje) w ludzkich cenach. Jeśli hotel położony jest w całkiem sporej miejscowości (mnogość sklepów, restauracji), równie dobrym rozwiązaniem będą same śniadania. Wówczas stołujemy się w dowolnie wybranych restauracjach czy knajpkach, zmieniając je jak rękawiczki, w dogodnej dla siebie porze dnia/nocy (kilka lat temu byłam na tej zasadzie w kurorcie Złote Piaski i ta opcja sprawdziła się doskonale).