wtorek, 28 sierpnia 2012

Zupa BAZA


Zupa baza

Zupa BAZA to punkt wyjścia do kilku czystych zup docelowych - np. pomidorowej, szczawiowej czy ogórkowej. Każdą z nich zaciągam mąką i ewentualnie zabielam mlekiem lub śmietaną.
Oprócz tych zup gotuję także krupnik, kapuśniak z kapusty pekińskiej, jarzynową (zupa krem), fasolową i rosół, ale te zupy, ze względu na dodatek jarzyn, gotuję nieco inaczej.
To chyba wszystko. Więcej zup nie "popełniam", gdyż najczęściej gotuję obiady jednodaniowe, a skoro tak, to danie musi być konkretne, więc najwygodniej mi gotować tzw. danie drugie . Z zasady staram się gotować:
  • jak najkrócej,
  • wygodnie, tzn. wykorzystuję półprodukty (np. kostki rosołowe czy przetwory warzywne ze słoika),
  • jak najprościej, byle smacznie
Ze względu na to, że ZUPA BAZA ma wysoki wskaźnik CJK = +9, poniżej podaję przepis na jej przygotowanie (max 20 minut):


Sprzęt:

  • garnek o pojemności 3 - 4 litry (wyższy niż szerszy, żeby zupa się nie wylewała podczas mieszania)
  • pokrywka do garnka (woda szybciej się ugotuje)
  • łyżka drewniana (na tyle duża, by jej trzonek wystawał z garnka 10 - 15 cm)
  • łyżeczka do herbaty
  • shaker - słoik z pokrywką o pojemności 200 ml

sobota, 25 sierpnia 2012

Nadchodzi inwazja. Cel - ziemia

Kończy się lato, trwają więc utrzymywane w tajemnicy wielkie przygotowania do inwazji, desantu, ataku i szturmu na ziemię.
Następuje mobilizacja sił i ładowanie amunicji, trwają wojenne narady. Dojrzewają plany i narastają ambicje zdobycia nowych terytoriów. Młodzi żołnierze przygotowują uzbrojenie przed walką, które pomoże im zwyciężyć; z każdym dniem stają się potężniejsi.

Kwiat marchwi zwyczajnej

Eksplozje i bombardowania są tylko kwestią czasu. Nie wiadomo jeszcze, kto pierwszy wystrzeli. Ale cel znany jest wszystkim - trzeba zasiedlić jak największe terytorium; kto pierwszy i silniejszy - ten lepszy. Chwilami można odnieść wrażenie, że wystarczy byle podmuch wiatru, a sytuacja wymknie się spod kontroli. Atak będzie zmasowany i precyzyjny.

Kwiat marchwi zwyczajnej



Wystartują również spadochroniarze. Ich spadochrony mogą się nieco różnić, ale każdy ma tę samą misję do spełnienia -

czwartek, 23 sierpnia 2012

Bliskie spotkania - część II


Przyznaję, że mój warsztat fotograficzny pozostawia wiele do życzenia, aparat jest już niemal zabytkowy, a moja wiedza botaniczna - skąpa. Jednak lubię fotografować i wyszukiwać "gotowe" kadry w naturze. Trochę tak, jakbym w oku obiektywu komponowała obraz. Ponadto poświęciłam trochę czasu, by odnaleźć, głównie w Internecie, nazwy przedstawionych roślin.
Poniżej przedstawiam kolejne "trofea" uchwycone w ustawieniu super makro. Niektóre zdjęcia wykonywałam z odległości ok. 3 cm. Sama jestem zdumiona, ile i jakich szczegółów można, dzięki temu, zobaczyć.

Łopian większy (r. astrowate)

środa, 22 sierpnia 2012

Gorąca czekolada



Uwielbiam gorąca czekoladę. Kiedyś pijałam ją w "Kociaku" na ul. Św. Marcin w Poznaniu - była (jest?) naprawdę pyszna: gęsta, puszysta, naprawdę czekoladowa, do tego z solidnym kleksem zimnej bitej śmietany. Oczywiście, pod warunkiem, że jest gorąca, a nie ciepła; że jest świeżo zrobiona, a nie z termosu, i że śmietana jest porządnie ubita i zbyt szybko się nie rozpłynie.
Niestety, filiżanka czekolady w "Kociaku" sporo podrożała - obecnie kosztuje prawie 9 zł, kiedyś ok. 4,50 zł (za 140 g), poza tym przestałam bywać w tamtych okolicach i picie ulubionej czekolady właściwie się skończyło.
W międzyczasie, gdy tylko byłam w jakiejś kawiarni, czy to na Starym Mieście, czy gdzieś nad morzem - zamiast kawy, zamawiałam gorącą czekoladę, w nadziei, że odnajdę ulubiony smak. Próbowałam kilka razy, lecz niestety, wszędzie spotykało mnie rozczarowanie. Marketingowa lipa, opatrzona co najwyżej smakowitym opisem wliczonym, oczywiście, w cenę. Co to było? Czymkolwiek to było, w niczym nie przypominało tamtej z mojej ulubionej kawiarni - np. zwykłe kakao (do tego letnie), albo .... błyskawiczny  budyń czekoladowy typu "Słodka chwila", którym można się poratować np. na kempingu czy w pracy. Bezczelne oszustwo.
Przestrzegam zatem przed pochopnym zamawianiem gorącej czekolady - zdecydowanie warto zapytać wprost, czy jest robiona z czekolady czy ... budyniu. Albo czy chociaż stała obok czekolady ...?

Ale do rzeczy!

wtorek, 21 sierpnia 2012

Bliskie spotkania - część I


Kiedyś z dezaprobatą patrzyłam na przydrożne rośliny, określając je słowem "zielsko". Zielsko i chwasty wyrastające na trawnikach, polach, przy drogach, wciskające się w szczeliny przy murach czy między płyty chodników. Nie przyglądałam się im specjalnie, jako niegodnym uwagi. Jednak kiedyś dostrzegłam i doceniłam różnorodność i piękno otaczającej mnie przyrody, zwłaszcza roślin rosnących na łąkach i nieużytkach, tych niesianych i nieuprawianych przez człowieka, lecz towarzyszących mu niemal wszędzie. Potrzebna mi była perspektywa.

Stało się to po kilku pobytach w krajach, do których Polacy wyjeżdżają lub lecą  na wakacje - Tunezja, Turcja, południowe Włochy, Egipt czy Grecja. W ostatnich dwóch wymienionych jeszcze nie byłam, ale możliwe, że i tam jest podobnie. Na terenie hotelu można podziwiać egzotyczne, piękne, kolorowe i często odurzająco pachnące kwiaty, krzewy, drzewa czy palmy. Wystarczy jednak wyjść poza ogrodzenie i co? Smętny piasek lub jałowa czerwonawa ziemia, na których niemal nic nie rośnie. Na poboczach dróg nie ma  "zielska", bo nic się tam nie uchowa bez pielęgnacji i częstego podlewania. Nawet palmy rosnące samopas wyglądają na obeschnięte. Nie ma łąk porośniętych ichnią trawą, zielskiem czy ziołami, nie sposób zebrać bukieciku łąkowych kwiatów. Zieleń, tak piękna w obrębie hotelu, musi być systematycznie nawożona i nawadniana. Bez tego zniszczy i wypali ją słońce.
Poza tym zdałam sobie sprawę, że po prostu mam zakodowany kolor naszej ziemi czy piasku, i przy dłuższym pobycie w tamtych krajach, wręcz drażnił mnie czerwonawy koloryt gołej gleby i szarawego piasku (gdzie mu do naszego znad Bałtyku). Kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam z zaciekawieniem i rosnącym podziwem przyglądać się polskiej zieleni, jej żywotności i różnorodności. Poniekąd, zrozumiałam też tęsknotę Chopina, który marzył na wygnaniu o polskich krajobrazach, wśród których wyrósł i nosił w sercu do końca życia. Wszystko, co oglądał w obcych krajach, z pewnością porównywał do tego, co zostało mu w pamięci - srebrzysty, a nie jaskrawozielony koloryt swojskich drzew i traw, zapach łąk i piękne zmierzchy.
W wyniku mojego zainteresowania powstały fotografie otaczających mnie kwiatów. Zdjęcia zrobiłam z bardzo bliska, dzięki czemu mogłam zobaczyć wiele szczegółów i tym bardziej je podziwiać.  

Psianka słodkogórz (r. Psiankowate) zawsze kojarzyła mi się z kwiatkami z bajki

Klamerki Pressa

Klamerki Pressa IKEA
Niedawno zauważyłam, że zasób moich klamerek do upinania prania na balkonie, skurczył się niebezpiecznie. Chwila refleksji nad mizerną pozostałością doprowadziła mnie do kilku wniosków:
  1. w koszyku, niegdyś wypełnionym różnokolorowymi klamerkami, ostały się smętne resztki. Co ciekawe, klamerki, które pozostały, to te najstarsze; kombatantki pamiętające zamierzchły ustrój; w kolorze kiedyś białym, obecnie zszarzałym.
  2. nowe kolorowe klamerki, które dołożyłam do koszyka jakieś trzy lata temu, w sposób tajemniczy wyparowały i to hurtem! No, niezupełnie - na dnie koszyka znalazłam sprężynkę i kilka pojedynczych części. Ano tak, przypomniałam sobie - te klamerki wykonane z lichego i cienkiego plastiku, rozpadały się na części pierwsze i łamały podczas upinania.
  3. znalazłam też kilka nie swoich, za to chętnie przygarniętych sierotek przywiezionych z wakacyjnych wojaży i takich, które spadły na mój balkon z wyższych kondygnacji.
  4. rzeczy suszone na świeżym powietrzu ładnie pachną i wysychają szybciej, więc...
... nadszedł czas, by rozejrzeć się za nowymi klamerkami w rozsądnej cenie. Szybka lecz gruntowna analiza zaopatrzenia w klamerki okolicznych sklepów nie była budująca.

piątek, 17 sierpnia 2012

Jak odmieniłam nudne meble


Moje meble są funkcjonalne i nie chcę ich wymieniać na inne. Ale po remoncie i nowej aranżacji pokoju w stylu letniej łąki, aż prosiły się o interwencję. Chciałam je rozjaśnić, rozbić ich monumentalność, chciałam żeby stały się bardziej ażurowe, lżejsze. Przemalowanie (rozwiązanie radykalne i nieodwracalne, do tego niepewny efekt), nie wchodziło w rachubę. Okleina meblowa? To już prędzej, tyle, że nie mogłam znaleźć nic odpowiedniego. Szczerze mówiąc, sama nie bardzo wiedziałam, czego chcę, ale bardzo chciałam odmienić moje meble.
No i wymyśliłam:
Do wykonania motywów na meblach użyłam samoprzylepnej folii transparentnej, nożyczek i wyobraźni

Inspiracją do wykonania niektórych motywów był  materiał Cecilia (10 zł/m IKEA). Wcześniej jednak zaintrygował mnie   pokrój tasznika pospolitego.

Odkurzenie mebli - to możliwe

Szczotka - trzpiotka świetnie nadaje się do odkurzania wszelkich mebli, a nawet liści fiołków
Kto lubi sprzątać? Cicho jakoś.... Ja też za tym nie przepadam, tyle jest ciekawszych zajęć, ale bardzo lubię MIEĆ POSPRZĄTANE. Ponieważ jednak moja gosposia ugrzęzła na Karaibach (niegodziwa taka, że nawet pocztówki nie przyśle!), kwestia sprzątania i prowadzenia domu spoczywa na mnie. Skoro tak, staram się skrócić i usprawnić każdą niemal czynność.Mogę wtedy nawet ją polubić.
Tym razem krótko i zwięźle o tym, jak skutecznie pozbyć się kurzu z wszelkich mebli.



 METODY NA SUCHO

Odkurzacz z końcówką do ... odkurzania mebli (szczotka - trzpiotka)


Każdy posiadacz odkurzacza ma ją w zestawie - to ta mała owalna końcówka (ok. 4 x 7 cm), której brzegi okolone są trzycentymetrowym włosiem. Żadne odkrycie, tylko czemu nie znam nikogo, kto by jej używał? Ja też nie byłam lepsza, nawet nie byłam świadoma jej istnienia - pewnie od samego początku szczotka leżała na dnie szafy, a ja w udręce walczyłam z kurzem mokrą szmatą i coraz bardziej klęłam w duchu swą (niedoszłą) gosposię.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Ścierka - wycierka

W kuchni czy w łazience podłoga zawsze "lubi" się zamoczyć. Kiedy zmywam naczynia, gotuję, smażę, biorę prysznic, czy tylko myję ręce, zawsze coś kapnie na podłogę, choćbym nie wiem jak się starała. A przecież wszyscy uważają, więc tym bardziej podłoga jest narażona na przypadkowe pochlapanie czy zabrudzenie.
A to może być niebezpieczne. Na mokrej czy tłustej podłodze naprawdę nietrudno jest się poślizgnąć i katastrofa gotowa. Poza tym, JAK to wygląda? I czym szybko to zetrzeć?  No przecież nie ściereczką do mycia blatów, ani nie ręcznikiem (o zgrozo!).
Dlatego wymyśliłam "ścierkę - wycierkę". Uszyłam ją z resztek starych trykotowych T-shirtów, które dobrze wchłaniają wodę. Ścierka - wycierka sprawdza się znakomicie, ponieważ atutów ma bez liku:

wtorek, 14 sierpnia 2012

ZUPEŁNIE racjonalne planowanie menu

Zupełnie racjonalne planowanie menu
Kiedyś, ilekroć zbliżały się święta Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy, gdy planowałam menu i listę zakupów, czułam się bardzo niekomfortowo. Sporo czasu zabierało mi sporządzenie jadłospisu, uwzględniającego gusty domowników oraz gości, moich możliwości czasowych, no i weny (żeby nie powiedzieć zapału do wielogodzinnego stania przy garach). Następnie analizowałam przepisy, by sprawdzić, jakich składników będę potrzebować, potem zakupy (często na wyrost, bo a nuż zabraknie), gotowanie, pieczenie - mnóstwo roboty, nerwów, bo jednak o czymś zapomniałam. Zdarzało się i tak, że potraw było tyle (a może gości za mało), że koniec końców zostawałam z mnóstwem sporych resztek potraw, wykończona przygotowaniami i sfrustrowana jawnym marnotrawstwem mojego wysiłku i czasu. Okazywało się też, o zgrozo, że niektórych produktów w ogóle nie wykorzystałam ... 
Przy następnych świętach koszmar powracał.
Postanowiłam ten problem okiełznać. Udało się to przy niewielkim nakładzie wysiłku (umysłowego) i, od lat czerpię z tego profity w postaci mniejszych (a więc i tańszych) zakupów, krótszych i mniej uciążliwych przygotowań oraz błogiej satysfakcji, że wszyscy są zadowoleni i nikomu niczego nie brakuje. A po świętach nie zostaję z lodówką pełną jedzenia z krótkim terminem przydatności do spożycia, na które domownicy nie mają już najmniejszej ochoty.   
A stało się to tak: